Poród domowy – nasza opowieść

Michał mówi, że to najdłuższa historia porodowa jaką czytał. Zatem zróbcie dwie kawy (na zapas) i posłuchajcie:

 

Początek

O 5.00 obudziłam się. Pierwsza myśl? „Szkoda, że nie rodzę. Pięknie śpiewają ptaki”. Idę do toalety, potem zasypiam.

6.00. Pierwszy skurcz. Kolejne: 6.10, 6.20, 6.30. Biorę prysznic by się rozluźnić, ale już wiem, że, tak samo jak 3 lata temu, to nie minie. To jest ten ból, to uczucie. Skok adrenaliny. Radosne oczekiwanie, jak wtedy gdy wiesz, że spotkasz kogoś bardzo ważnego i aż przebierasz nogami z niecierpliwości. W końcu wymodliłam sobie ten poród, wychodziłam, wybłagałam, bo nie miałam już siły czekać.
6.35… Mocno. 6.40.
O 7.00 dzwonię do Doroty, naszej położnej. Ma rześki głos, jakby dopiero wstała. Po fakcie dowiemy się, że była po nocnym dyżurze i właśnie miała kłaść się spać. Mówi, że to się może jeszcze rozejść, na przykład po godzinie. Nie umiem jej odpowiedzieć, ile tych skurczów miałam od 6.00, choć przecież zaznaczam je w aplikacji, mam to przed sobą na telefonie. Chyba przestaję logicznie myśleć.
Jeszcze łudzę się, że zdążę sparzyć kiełbasę do święconki, pomalować z małą jajka, które czekały by je udekorować. Przecież dziś Wielka Sobota. Wstaje Michał. „Zaczęło się?” „Zaczęło się”. Mówię mu, że nie ma pośpiechu, że mamy czas. Po to jesteśmy w domu.
Na telefonie mam playlistę. Ale kiedy przychodzi ból, wiem już, jaki utwór jest mi potrzebny. Bez zastanowienia, czemu akurat on, włączam „Miserere” Allegrego. Zakładam słuchawki. Czuję ukojenie.
Budzi się Sara. Rozczochrana, pachnąca nocą, dzieckiem i księżycem siada na moim łóżku. Mówię jej „dziś urodzi się Józio”. Ma oczy ogromne jak pięciozłotówki. Cieszy się, ale, jak to ona, szybko znajduje nam zastępcze zajęcie – przynosi zabawki.
Proszę Michała, by jednak już teraz poszedł po auto do garażu.
Sara reaguje emocjonalnie. Pierwsze dwa skurcze, jak na filmach, głaszcze mnie po głowie i mówi „ciii, nie boli”. Każdy skurcz trwa minutę. Odstęp – trzy minuty. Niedużo czasu, by pobawić się z dzieckiem. Sara traci cierpliwość i uderza mnie maskotką. Wtedy już wiem, że komfort dziecka jest ważniejszy niż moje wyobrażenia. „Boisz się o mamę, jesteś na mnie zła?” – pytam. Mówi, że tak i przytula się. Idziemy do jej pokoju po piękną, tęczową sukienkę, różowe buty. Szykuje swój koszyczek i obie już wiemy, że pójdzie z dziadkami święcić pokarmy i że spędzi z nimi cały dzień. Obie się cieszymy. Tak jest dobrze. Tak będzie najlepiej.
Michał wraca z garażu i idzie ją zaprowadzić. Na szczęście to po sąsiedzku, w tym samym bloku.
O 8.00 biorę antybiotyk na paciorkowca. Dzwonię znów do Doroty. „Nie rozeszły się”.
Ona z radością mówi, bym zadzwoniła gdy będę chciała, żeby przyjechały.
Oczyszczam się. Chodzę do toalety. Niby jest podobnie jak w pierwszym porodzie. Ale jednak inaczej. Mocno. Intensywnie. Boli. Jest szybko.
Skurcz przychodzi za skurczem. Przerwy są zbawienne, ale mam wrażenie, że coraz krótsze. Dzwonię i proszę, by przyjechały. Teraz myślę, że niepotrzebnie zwlekałam, że mogłam o 15 minut wcześniej wykonać ten telefon.
Zaczynam wydawać niskie, gardłowe dźwięki. Czuję ulgę, a więc to dobry trop. Dostrajam się do mojej porodowej melodii, która, zapętlona, włącza się raz za razem. Zaznaczam każdy skurcz w aplikacji, ta powtarzalność daje mi dziwne, psychiczne ukojenie. Do niczego nieprzydatny zapis staje się moim sposobem na przetrwanie bólu.

Jest inaczej

To dziwne uczucie – robić to, co podpowiada intuicja. 3 lata wcześniej, w szpitalu, niewiele mogłam z tego zrobić. Położna wyciągnęła mnie z ciepłej, ciemnej toalety do zimnej sali porodowej (zepsuta klimatyzacja) i podłączyła do KTG. Wybłagałam siedzenie na piłce zamiast leżenia. Nie skupiałam się na tym, by wtedy „pływać po falach”, tak mocno pochłaniał mnie ból i poczucie bezradności. Tu – mam mocne przekonanie, że mam siłę i spryt, instynkt. Że mnóstwo zależy ode mnie i że potrafię urodzić swoje dziecko, a więc potrafię ból załagodzić.
Michał chodzi po domu i sprząta, porządkuje, szykuje. Pyta o różne rzeczy, ale nie wszystko do mnie dociera. Wysłał kilka SMS-ów „zaczęło się”, a więc telefon zaczyna dzwonić. Mówi mi, kto dzwoni, kto co odpisał. Drażni mnie to i rozprasza, więc od razu go proszę by przestał. Do końca porodu będę mówić wszystko, co pojawia się w mojej głowie. Wszystko, co mi przeszkadza, co mnie przeraża, co tylko pomyślę. Każde słowo daje ulgę. Jestem w domu, jestem sobą. Mówię to, co mam w sercu.
Próbuję w różnym ułożeniu przetrwać fale bólu. Muzyka leci już na cały głos. Nie pomaga stanie, kręcenie biodrami, spokojny oddech. Na zmianę myślę o falach, na których się unoszę i o kwiecie, który się rozwija. Nie pomaga.
W przerwach, chociaż krótkich, śmiejemy się do siebie z Michałem i żartujemy. W skurczach proszę w końcu by przestał ogarniać dom, tulę się do niego.

Serweteczka i sąsiedzi

Pukanie do drzwi. Jestem w toalecie, mam moje 3 minuty bez skurczów. Pewna, że to położne, nasłuchuję. Słyszę głos starszej pani: „przepraszam, czy nie spadła państwu na balkon moja serweteczka?”. „Nie, proszę pani”. Michał przytomnie zamyka drzwi. Nie ma skurczu. Idę do balkonu szukać serweteczki. Nie ma serweteczki. Chowam się do toalety.
„Proszę pani, nie ma serweteczki.” „Acha, do widzenia.”
Zanim dotrze do mnie absurd tej sytuacji, kolejny skurcz stawia mnie na nogi tak, że nie mogę usiedzieć na toalecie. Czuję, jakby moje narządy rodne kroił nóż. W szczycie skurczu odpycham się od drzwi. Mija.
Wychodzę z toalety, śmiejąc się na cały głos. Sąsiedzi nic nie wiedzą o porodzie domowym. Michał mówi, że wcale nie jestem tak głośno. Ja swoje wiem – mruczę i porykuję jak niedźwiedź górski. Proszę, by zamknął okno, gdy zacznę krzyczeć. Zasłony są zasunięte. Mieszkamy na parterze, w szczycie bloku. Obok naszego balkonu prowadzi trakt, którym podążają ludzie z koszyczkami. Słyszę głosy naszych sąsiadów. Śmieję się sama do siebie między skurczami.

Za chwilę przytulamy się z Michałem na łóżku. Ból obezwładnia i ogarnia mnie całą.  Dotykamy się, przytulamy. Wyznajemy sobie miłość.  Hormony działają – ból naprawdę jest mniejszy! Oddycham z ulgą, wtulam się w niego. Raz po raz powtarzamy sobie „dobrze, że jesteśmy w domu”. „Dobrze, że nigdzie nie trzeba jechać”. Choć z tyłu głowy mam, że mogą odejść mi zielone wody, czuję, że będzie dobrze. Że to wszystko dokona się w domu i w domu pozostanie.
Kiedy przychodzi ta myśl, jednocześnie czuję przestój w skurczach. Dziwnie długą przerwę. „Granica między fazami porodu” – myślę. Muzyka się sama wyłącza, choć wcześniej zaczynała grać raz za razem. Zadziwia mnie, jak mocno tu, w domu, wyczulona jestem na moje ciało. Wystarczyło przyjazne miejsce, w którym rodzę, bym skupiła się na wszystkich sygnałach płynących ze mnie. Będzie ich kilka w tym porodzie, których w szpitalu nawet nie poczułam, były poza mną.

Emocje i trauma

W końcu Michał zwraca uwagę, że nic nie jadł. Idzie do kuchni. Ja nawet nie wiem, która jest godzina. Bez niego zwijam się z bólu na fotelu. Czuję, że zaczyna mnie popierać. Wpadam w panikę. Nie umiem odpowiedzieć sobie, dlaczego. Dostaję dreszczy na myśl, że nie wiem, jakie mam rozwarcie. Skurcz ogarnia ciało, chce je obezwładnić. A ja mu całą sobą zabraniam. Ściskam nogi, które całe się trzęsą. Ręce chwytają boki fotela-uszaka. Czuję się, jakbym miała za chwilę rozerwać tapicerkę paznokciami. Zaczynam krzyczeć. Chyba w tym momencie Michał zamyka okno. Ja zamykam oczy. Cała jestem bólem, krzykiem i słowem „nie”. Nie dam rady. Nie urodzę. Nie umiem nie przeć. Nie chcę zrobić nic źle. Nie wiem, co mam robić.
Zaczynam szukać w głowie sposobu, by przetrwać ból i wszechogarniającą potrzebę parcia. Mózg gadzi przestaje mną kierować. Zaczyna się logiczne myślenie. „Zaraz przyjadą dziewczyny, dmuchaj świeczki” – tłumaczę sobie. Zaczynam dmuchać, ale nie umiem. Boję się hiperwentylacji, paniki, parcia. Utraty kontroli. Krzyczę „nie dam rady” na całe gardło. Przypominam sobie szpital, gdy wrzeszczałam na całą porodówkę „ja chcę przeć, dajcie mi przeć”. Wraca trauma.

Nasze kobiety

Słyszę dzwonek domofonu. Nic nie widzę, oczy zaciskam tak mocno, jak pięści. To Irena. Jej kojący głos dociera jak przez nienastrojone radio. Czuję, jak moje ciało się rozluźnia. Mogę oddać odpowiedzialność i kontrolę. Jest ktoś, kto powie co zrobić. Powoli racjonalne myślenie się wyłącza, zaczynam odpływać… Niewiele do mnie dociera. Jestem jak gad.
Irena pyta, czy może mnie zbadać. Robi to tak delikatnie, że prawie nic nie czuję. W szpitalnym porodzie badano mnie na skurczu, w moim odczuciu – brutalnie i bez szacunku dla ciała, w końcówce I fazy już bez pytania. Czuję, jak dotyk Ireny leczy tę traumę i to zranienie.
Co mam robić? „Rób to, co mówi ci ciało” – podpowiada Irena. Takie proste. Mam oddychać. Oddycham. Mam ułożyć się tak, jak chcę. Próbuję… Raz po raz jęczę „nie dam rady”, ale za chwilę skupiam się na oddechu. Teraz zaczynam mówić po prostu wszystko, wyrzucać z siebie każdą myśl.
Przyjeżdża Dorota a ja czuję, jakby była daleko za mgłą. Wraz z nią do pokoju i do mojej głowy wkracza poczucie tego wielkiego zadania, które przed nami. Zaczyna się szykowanie łóżka. Folia, podkłady. Leżę na poduszce. Zaczynam mówić „boję się”. Irena, jak najlepszy psycholog, prowadzi mnie przez ten lęk. W małej przerwie między skurczami mówię jej, że boję się parcia. Bo 3 lata wcześniej położna powiedziała „jak zaczniesz teraz przeć, to zrobisz krzywdę dziecku”. Nie było wtedy pełnego rozwarcia. Nie umiałam pracować z ciałem. Nie miałam pomocy. Nie odróżniałam parcia na siłę od lekkiego popierania, któremu mogę się poddać.
Badanie. „8-9 centymetrów”. Co mam robić? „To, co mówi ci ciało”.
Ciągle pytam i mówię: „Czy mogę poprzeć?” Krzyczę. „Poparłam”. „Już nie prę”. „Nie umiem, nie potrafię”.
Dorota namawia mnie na pozycję w kucki. Na podłodze. Na jednym skurczu główka obniża się tak szybko, że czuję to w całym moim ciele. Dotykam jej, zachęcona przez dziewczyny. Zaczynam się śmiać z ulgi, ale zaraz wracam na łóżko, bo nie wytrzymam w kuckach więcej skurczy – nogi się trzęsą, ciało jest obezwładnione bólem.
Odchodzą wody. Mówię to na głos, powtarzam. Każde słowo, które wychodzi z moich ust, daje ulgę. Działa przeciwbólowo. Nie zastanawiam się, czy mówię logicznie, czy kogoś obchodzi to co mówię, czy to nie jest oczywiste. Każdy przecież widzi, że odeszły mi wody. Ale jestem w domu. Niczego się nie wstydzę i niczym nie krępuję. Mówię, skoro chcę i potrzebuję.
Klęczę, a rękoma uwieszam się na Michale. To dzieje się na łóżku, on zapiera się o ścianę plecami, bym miała w nim oparcie. Zaczynam na głos się modlić. Czuję, że nic i nikt mi nie przeszkadza. A jednocześnie czuję się bezpieczna i zaopiekowana – nie umiałabym rodzić w samotności.
Jest pełne rozwarcie.
„Teraz rób to, o co poprosimy. Chronimy krocze” – słyszę gotowy do boju głos Doroty. Udziela mi się ten, wojskowy wręcz, dryg. Ale parcie jest silniejsze.
„Oddychaj, oddychaj, oddychaj, nie przyj na siłę jeśli nie musisz” – nie muszę! Prę, ale wydaje mi się, że po trochu, z przerwą na oddech. Tak, jak mówi mi ciało. Przeżywam to, co znam z innych opowieści porodowych – oddaję ciału kontrolę, staram się równo oddychać. Nie wiem, jak mi idzie ta ochrona krocza…

To już koniec

Pierścień ognia. Powtarzam raz za razem, że piecze, strasznie piecze. Samo mówienie przynosi ogromną ulgę. Już blisko. Czuję to, jak główka się wysuwa.
„Główka!” – mówię głośno. Dziewczyny potwierdzają. Urodziłam główkę.
Krocze traci napięcie. Nie chcę dotknąć główki, chcę urodzić całe dziecko. Jestem pewna, że reszta ciałka wyślizgnie się w mgnieniu oka, nie wiem czemu.
Tymczasem nie jest łatwo. Prę już teraz z całej siły bo chcę jak najszybciej go zobaczyć.
I jest!
Czuję, jak z trudem wychodzi ze mnie moje dziecko. Widzę je między drżącymi kolanami, na podkładzie porodowym. Leży sobie, chyba pojękuje, sama już nie wiem. A ja patrzę. Nie biorę go od razu na ręce, podnoszę wzrok na Michała. Ma w oczach taką euforię, jakby w jego silnym ciele też krążyły te porodowe hormony. A może to, aż i tylko, miłość i szczęście.
Biorę naszego synka na ręce. Jest śliski, ciepły, najwspanialszy i idealny. Z pomocą kładę się. Leży na moich piersiach.
Irena podaje mi pępowinę do ręki. Już nie tętni. Czuję, że nie jest nam potrzebna. Położna ją zaciska, Michał przecina. To dla nas ważny gest i symbol.  Na jednym parciu rodzi się łożysko.

Czwarta faza

Mam Józefa przy sobie, skóra do skóry, serce do serca. Za chwilę łapie pierś. Nikt mu nie przeszkadza, dostaje jedynie czapeczkę od Doroty i otulamy go cieplej kocykami i pieluszkami. Położne robią nam pierwsze zdjęcie z synem. Leżymy na łóżku, we własnym domu, tak, jak to sobie wyobrażałam pół ciąży.
Pęknięcie I stopnia. Będziemy szyć. Podczas szycia dokładnie wiem co się dzieje, Dorota wszystko mi wyjaśnia. Adrenalina powoli, bardzo powoli ustępuje, ale czuję jakąś euforię i schodzące napięcie. Zmieniam pozycję na łóżku na wygodniejszą. Irena, gestem mamy, przykrywa mnie moją własną kołdrą, w którą jeszcze niedawno wtulałam się z bólu. Czuję się szczęśliwa.
Wszystko stało się tak szybko, a jednocześnie tak, jak marzyłam. Tylko kanapki zaraz po i rosół, który odgrzał Michał smakowały jeszcze lepiej niż w moich planach i domysłach. Jedzenie zniknęło w mgnieniu oka. Jak dobrze, że zadbaliśmy wcześniej o różne detale – zapas jedzenia w lodówce, zamrożoną zupę. Michał mówi, że wstawił rosół chociaż mówiłam, żeby tego nie robił. Kiedy mówiłam, kiedy mnie pytał? Nie wiem, przecież rodziłam!

Kwiaty i mango

Nastroje są szampańskie, śmiejemy się, żartujemy. W pewnym momencie Michał podchodzi do kuchennego okna i.. otwiera je. Przechodzący sąsiedzi, z którymi się przyjaźnimy, poszli podczas porodu po wielki bukiet czerwonych tulipanów. Dają je nam przez okno. Michał wnosi je do pokoju, a razem z nimi żółte, które razem kupiliśmy zaledwie dzień wcześniej. Wiedział, że chciałam po porodzie dostać żółte kwiaty, o wszystko zadbał. Kupił też świeczkę o moim ulubionym zapachu mango – teraz przypomina mi się, że nie zapaliliśmy jej.

Rodzina

Nie wiem, kiedy mija czas skóra do skóry, ale w końcu przyszedł moment ważenia i mierzenia. 3200, wszystko wygląda dobrze, 10/10 i inne formalności, papierki. Pierwsze ubranko i pieluszka. Trzęsą mi się ręce, ale chcę to zrobić sama. Zupełnie wyszłam z wprawy, a jednak czuję pewność siebie, pewność bycia matką. To ten poród, jego zasługa.
Powoli mija euforia, a pojawia się zmęczenie. Oczy mi się przymykają, położne zapewne też chcą odpocząć po pracowitej nocy i porodowym poranku. Jestem im wdzięczna, ale chcę już być z Józiem i Michałem. Czeka nas kilka godzin we trójkę, a później Sara pozna swojego braciszka – już po drugiej stronie brzucha. „Rodzina” – podsumuje wieczorem po swojemu, jednym słowem. Jak zawsze, gdy czuje naszą bliskość i jest szczęśliwa z mamą i z tatą.

About the author

Monika

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *