Zainspiruj się – 2019 rok i moje „sukcesy”

Oto moja zupełnie subiektywna lista sukcesów Mamy Liska i Borsuka w 2019 roku. Może was zaskoczyć.

1. Urodziłam Dziecko w domu

Borsuk ma teraz 8 miesięcy. Czasem czuję się, jakby ta historia działa się dawno temu. I bardzo mi spowszedniała. A przecież poród domowy to w Polsce nadal coś niezwykłego, prawda?

Moją historię porodową przeczytasz tutaj.

Od tamtej pory jestem lepszą mamą. Lepszą żoną. Bardziej kobietą. I mam jeszcze mniej czasu na wszystko 🙂

Jakby tego było mało, na poród w domu pieniądze zebraliśmy na zrzutce, bo to nie był moment, w którym na poród w domu było nas stać. O tym napiszę kilka punktów niżej.

2. Zrobiliśmy półkę z kartonów. A później drugą. I kuchnię polową

 

Wakacje pod gruszą przeciągnęły nam się w czasie i zaczęło brakować komfortu, jaki mieliśmy we własnym domu. A że nasi bliscy są fanami kupowania kolejnych zabawek naszemu Liskowi, trzeba było je gdzieś pomieścić. Zrobiliśmy więc półkę z kartonów. A później kolejną, bo cennych artefaktów Lisek ma coraz więcej i nie ma ochoty się z nimi rozstawać. Półki z kartonów przetrwały cały sezon i pozostaną z nami na dłużej. Przynajmniej na to się zanosi.

„Kuchenkę” zrobił Liskowi mój tata. Mała w końcu ma miejsce by babrać się na działce w całej okazałości wszystkim, na co tylko ma ochotę. Korzystała skwapliwie. Przy tej okazji z komórek i garaży wyciągnięte zostały różne garnki, miski, łyżki i pokrywki trzymane „bo kiedyś się przydadzą”. Byłam w szoku jak zobaczyłam, ile tego jest. Już wiem, po kim mam ten dar niewyrzucania, „bo może się przyda”.

3. Kolejne lato w lesie. I jesień

Dla dzieciaków to gratka, choć nie było łatwo. Po kilku latach życia poza domem rodzinnym znów zamieszkać w rodzinie wielopokoleniowej, pod jednym dachem – nie było łatwo. Ale zalet było więcej. Zabawy w błocie, chodzenie boso po mokrym mchu, zbieranie grzybów i jagód, bitwy na patyki, ogniska. I nie mówię tylko o dzieciach!

4. Nauczyłam się przyjmować i dawać

Przed narodzinami Borsuka dostaliśmy w prezencie lub pożyczono nam: cały zestaw pieluszek wielo dla noworodka, ubranka, książkę o porodzie domowym… Po narodzinach Borsuka dostaliśmy masę wsparcia od bliskich, z ich pomocą zrobiliśmy mały remont w mieszkaniu, żyliśmy kilka m-cy w lesie, skręciliśmy używane łóżko w którym brakowało połowy śrubek… Mamy na wypożyczeniu nosidło i kolejne pieluszki wielorazowe. A dobra jest wokół nas tyle, że przed wigilią, gdy panowała u nas ospa, dostałam trzy propozycje przywiezienia nam choinki, kapusty z grzybami i zakwasu na burakach (z tej ostatniej skwapliwie skorzystałam ;)).

I zrzutka. Uzbieraliśmy całą potrzebną kwotę na poród w domu. I nawiązkę na dodatkowe, nierefudnowane badania. Dorzucali się znani i nieznani, czytelnicy i obcy ludzie… Nawet nasze położne, ze swoich prywatnych środków. To było jednym z wydarzeń, które uskrzydliło nas w roku 2019. Pociągnęło też moje myślenie w stronę wielkiej wdzięczności i chęci, by robić jeszcze więcej dobrego. Dlatego większość rzeczy, które nie są nam już potrzebne, przekazujemy innym za darmo – ubrania, książki. Oddałam ich w ubiegłym roku bardzo dużo. Nie wszystko musi mieć swoją cenę.

5. znów używaliśmy i używamy pieluszek wielorazowych

Część dostaliśmy od wspaniałych ludzi wokół nas. Część została wypożyczona (nadal przydają mi się niektóre z noworodkowych wkładów i boosterów). I choć w przypadku Mamy Liska wyda się to wręcz nieprawdopodobne, byliśmy o krok od rezygnacji z pieluch wielorazowych. Powody? Zmęczenie, nadmiar obowiązków przy dzieciach, chęć oddechu. Kto ma dziecko wysokowrażliwe, takie jak Lisek, ten wie, że każda zmiana u takiego szkraba może być tornadem, które niszczy wszystko dookoła. Well, tak było u nas.

Pomogli nam znów bliscy, a szczególnie moja mama, która w najostrzejszym czasie noworodkowym wzięła na siebie praktycznie całe pranie i suszenie pieluszek. Na szczęście dzieciaki jakimś dziwnym trafem rodzą nam się ciepłą wiosną 😀 Nie chcę nawet myśleć co przeżywają mamy, które, używając wielo, muszą zmieniać pieluchę co sik (jak ja Borsukowi) i piorą to wszystko, susząc później przy październikowej aurze…

Nieoceniona była też pomoc Asi, która na swój koszt wypożyczyła nam calutką wyprawkę noworodkową.

Używałam też podpasek wielorazowych w połogu:

Świeża krew – wielorazowy połóg

6. kOLEJNE RZECZY Z DRUGIEJ RĘKI i kolejne sukcesy w niewyrzucaniu

Łóżko piętrowe Kura mój teść skręcał 3 razy, póki nie był całkiem zadowolony 🙂 Dorobił nam sam oryginalną śrubkę na wzór ikeowskiej, gdy okazało się, że zestaw jest niekompletny.

W pokoiku dziecięcym jest jeszcze używana szafa. W kuchni – używane dziecięce krzesło Tripp Trapp. Kupiliśmy używaną chustę i nosimy pożyczone nosidło. Większość ciuszków Liska nadal kupuję z drugiej ręki. Na działce wisi wieszak z odzysku, który dawno temu moja babcia wyciągnęła z szopy. I wieszaczek na klucze.

Prawie oduczyłam się kupowania sobie ciuchów w sieciówkach 🙂 Do tego ćwiczę się w cierpliwości do cerowania, zapierania małych plamek, noszenia butów do szewca, sklejaniu klejem, oddawania teściowi do naprawy zepsutych chińskich zabawek… Wiecie, te wszystkie chwile, gdy człowiek myśli sobie „nie mam na to czasu, trzeba to już wyrzucić”. Coraz częściej wygrywam z tymi myślami. Nie tylko dla siebie – chcę wpoić dzieciom szacunek do przedmiotów, nawet jeśli jest to chińska zabawka i moglibyśmy kupić nową zamiast sklejać zepsute oczko „temu misiu”.

Dzięki temu, i dzięki mojemu zdolnemu przyjacielowi, nasze krzesło po poprzedniej właścicielce mieszkania zyskało nową tapicerkę. Inna historia traktuje o tym, jak Lisek 3 dni później mieszała ciasto czekoladowe i opryskała materiał obiciowy kakaową masą. Później zyskało kilka nowych plamek ale nie, nie pozbędę się go!

7. stuknęło mi 10 lat w tych samych okularach

I nadal dobrze mi służą, choć coraz mniej o nie dbam, zostawiając w przypadkowych miejscach. Życzę im kolejnej dychy, bo inaczej musiałabym kupić drewniane (marzę o takich!) a na designerskie mnie nie stać ;D

8. Makulaturę oddajemy na misje. Dużo makulatury

Zbiera ją nasza parafia, sprzedaje i pieniądze przekazuje na działalność misyjną. Ponieważ w naszej spółdzielni przyjmowane są wyłącznie odpady zmieszane, z segregacją i oddawaniem surowców wtórnych było u nas różnie. Teraz zbieranie papieru weszło nam w krew. Lisek, gdy proszę ją o wyrzucenie czegoś, pyta często „ale do którego kosza?”. Jestem z tego bardzo dumna.

————————————-

Dla kogoś to zestawienie może być niedorzecznie nieinspirujące. Ale wiecie co? Ja jestem z siebie dumna. Bo tylko ja wiem, ile nas ten rok kosztował nerwów, stresu, jak mało był „slow” a jak bardzo „oh fuck”. Jak łatwo byłoby zatracić siebie, swoje wartości i wszystko robić po najmniejszej linii oporu. Dlatego bardzo cieszę się, że choć te niewielkie sukcesy można było na tę listę wpisać.

Najważniejszym dla mnie podsumowaniem tego roku jest fakt, że otrzymywać pomoc, wsparcie, miłość innych – to uskrzydla. Że im ta pomoc mniej zasłużona, tym człowiek czuje się bardziej wdzięczny. Że to nie samodzielność i niezależność są najważniejsze, ale relacje. Zgadzacie się?

About the author

Monika

View all posts

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *